Islandia Dzika. Wschodnie krańce

Prognozy pogody dla wschodnich krakńców Islandii przewidywały obfite opady.

Pożegnawszy się z lodowcem Skaftafel, wjechaliśmy w mniej turystyczną część Islandii i szybko pedałowaliśmy na wschód. Szybko, gdyż prognozy pogody przewidywały obfite opady w odstępie niecałych dwóch dni, a my nauczeni przygodami z okolic Vik, nie chcieliśmy ponownie przemoknąć. W planach mieliśmy więc przeczekanie deszczu na kolejnym kempingu oddalonym od kempingu pod lodowcem, gdzie się zatrzymaliśmy poprzednio o równe 240 km. Rachunek był prosty: aby dotrzeć tam przed ulewą musimy przejechać każdego dnia po 120 km. Dzięki dwudniowemu odpoczynkowi przy lodowcu odzyskaliśmy trochę energii. Co więcej, wiało nadal w plecy, więc parliśmy dość sprawnie do przodu.

Wschodnie Krańce Islandii

Droga nr 1

Krajobraz był pagórkowaty, im dalej na wschód tym więcej pokonywaliśmy wzniesień. Momentami droga przypominała szlaczek z zeszytu pierwszoklasisty. Kiedy już wtoczyliśmy się na górkę i liczyliśmy na chwilę ulgi, którą mógłby przynieść z niej zjazd, szybko przekonywaliśmy się, że za chwilę znów musimy wdrapywać się na kolejny pagórek.

Wschodnie Krańce Islandii

Droga na wschód

Jedyną większą miejscowością, którą mijaliśmy po drodze było Hofn, jednak nie zawitaliśmy w jego progach. Zatrzymaliśmy się jedynie na stacji benzynowej przed wjazdem do osady, by się odświeżyć. Trafiliśmy tam w porze drugiego śniadania i w zamiast płacić za skorzystanie z WC, kupiliśmy jajka ugotowane na twardo, które stały się podstawą naszego posiłku i jednocześnie kulinarnym hitem dnia, gdyż w trasie nieczęsto mogliśmy pozwolić sobie na tego typu rarytasy.

Ciągnął się około kilometra

Niedaleko od Hofn czekała nas przeprawa przez jedyny na tej wyprawie tunel. Ciągnął się około kilometra i choć był dobre oświetlony bardzo stresował mnie przejazd przez ten odcinek a głowę zaprzątały mi czarne myśli, których nawet uspokajający głos Bartka nie mógł przegonić. Oczywiście przejechaliśmy tunel bez szwanku, choć droga przezeń wiła się uporczywie pod górę.

Wschodnie Krańce Islandii

tunel

U jego wylotu czekała nas mała niespodzianka, którą roboczo można by nazwać „road artem”. Na skale tuż przy szosie, ktoś umieścił duże drewniane krzesło pomalowane jaskrawą czerwoną farbą. Siedzący na nim mógł podziwiać panoramę rozległych łąk w dole doliny. Odsapnęliśmy przy tej niecodziennej formie sztuki, by niedługo potem ruszyć dalej na spotkanie z nowymi pagórkami.

Wschodnie Krańce Islandii

art ?

Drugiego dnia od wyjazdu spod lodowca pogoda nieco się popsuła. Wiało mocniej, od strony morza, momentami moczył nas kapuśniaczek. Prognozy zaczęły się sprawdzać, co nas motywowało do dalszego pedałowania, mimo że zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Jechaliśmy małymi fiordami, co oznaczało, że pagórkom nie było końca. Pod koniec bardzo zwolniliśmy, walcząc z obolałym ciałem i wzmagającym się wiatrem. W zamian za wytrwałość i dotrzymanie obranego raz planu otrzymaliśmy nagrodę (może zafundowaną przez same islandzkie elfy?).

Wschodnie Krańce Islandii

Dzikie Jacuzzi

Odkryliśmy dzikie jacuzzi z gorącą  wodą

Tuż przed metą, czyli kempingiem we wiosce Djúpivogur na wschodnich krańcach Islandii, odkryliśmy dzikie jacuzzi z gorącą (bardzo) termalną wodą. Jako że jestem urodzonym wodołazem nie zastanawiałam się ani sekundy i w moment wyskoczyłam z ciuchów i już moczyłam obolałe mięśnie w cieplutkim hot-pocie. Bartek był bardziej zachowawczy i nie zdecydował się dołączyć do kąpieli. Potem żałował, a ja śmiało mogę przyznać, że kąpiel w tym jacuzzi była jedną z najwspanialszych chwil całego rajdu. Trudno było mi wyjść z wanny i zmusić się do przejechania ostatnich 4 km (bo tyle brakowało nami do dojazdu do miasteczka Djúpivogur). Innego wyjścia nie miałam, więc szybko ubrałam się i w kilka minut dotarliśmy do naszego celu. Trafiliśmy do kameralnego, bardzo sympatycznego kempingu, gdzie ogrzaliśmy się w ładnie urządzonej świetlicy i zjedliśmy porządny ciepły posiłek. Zapowiadany deszcz się nie zjawiał, jednak postanowiliśmy i tak zostać na noc w miasteczku k(tóre nota bene mogłoby śmiało konkurować o tytuł osady na końcu świata) i zregenerować siły przed czekającym nas najtrudniejszym odcinkiem całej trasy: przeprawą przez górską przełęcz Oxi.

Wschodnie Krańce Islandii

Djúpivogur to rybacka osada położona na fiordach wschodnich.

Nasze media:

Instagram

Facebook

O całej wyprawie możecie przeczytać tu…

You may also like...

1 Response

  1. Ołtarzewska pisze:

    zachwycająca ta Islandia w Waszej relacji… 🙂

    i to czerwone krzesło pośrodku niczego… niezły surrealistyczny motyw ;D

Inline
Inline